poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Saltine Cracker Toffee i znikam


Znalazłam je u Cukrowej Wróżki a przepis pochodzi stąd. Od siebie dodałam łyżkę kremówki, bo akurat była pod ręką. Za pierwszym razem powątpiewałam w boskość tego przysmaku, który jak się okazało jest dosyć popularny i uwielbiany. Ale pierwszy kęs sprawił, że wątpliwości zniknęły i zaczęłam żałować, że nie zrobiłam większego zapasu :) Czas przejść do rzeczy, bo walizki na mnie patrzą...

składniki (powierzchnia ok 30x18cm)
100g masła
90g brązowego cukru
1 łyżka śmietanki kremówki
200g czekolady (u mnie po połowie mleczna i deserowa)
540cm2 solonych* krakersów ;) - ok 20? 25?

Krakersy ułożyć na wyłożonej papierem do pieczenia blaszce tak, żeby ładnie się wszędzie stykały. Zagotować cukier z masłem, mieszając pozwolić bulgotać około 3 minuty. Po tym czasie dodać kremówkę i gotować jeszcze moment. Gęstą masą zalać krakersy i dokładnie rozprowadzić ją po wszystkich. Włożyć na 5 minut do nagrzanego do 200stopni C piekarnika. Wyciągnąć, odstawić do wystygnięcia. Czekoladę rozpuścić w kąpieli wodnej, zalać krakersy, rozprowadzić po całej powierzchni. Odstawić do stężenia (u mnie nie obyło się bez lodówki - po 3 godzinach "tężenia" moja czekolada była rzadsza niż w minutę po kąpieli wodnej...). Łamać na kawałki i spożywać z apetytem :)

*można użyć zwykłych krakersów. w tym wypadku dodać szczyptę soli do masła i cukru.

Teraz czas na TAG - oTAGowała mnie arbuzowedaiquiri. Dziękuję i pozdrawiam :)

1. Ulubiony serial?
Lost! Od obejrzenia za każdym wejściem na pokład samolotu marzę, by rozbić się na egzotycznej – niekoniecznie bardzo ciepłej - wyspie (z Kochankiem oczywiście), w miarę możliwości cała i zdrowa, łapać ryby własnymi rękoma, budować tratwy i wylegiwać się na hamaku.
2. Gdzie spędziłabyś swoje wymarzone wakacje?
(Jak wyżej egzotyczna bezludna wyspa ujdzie. A na serio) Gdziekolwiek, byle z sympatycznymi ludźmi, pieszo/na rowerze. I żeby było survivalowo!
3. Gdybyś miała wybierać: mieć grupkę fajnych znajomych czy jedną najlepszą przyjaciółkę?
Mam kilku prawdziwych przyjaciół i nie zamieniłabym ich ani na fajnych znajomych ani na jedną przyjaciółkę
J
4. Wpadasz w histerię, gdy..
… ktoś krytykuje mój punkt widzenia, wmawia mi, że nie mam racji i mówi mi co mam robić albo jak powinnam myśleć! Nie mam trzech lat i sama wiem lepiej! Ale to zazwyczaj w miarę "opanowana" histeria - staram się panować nad plebsem chłodnym spokojem.

5. Co chciałabyś w sobie zmienić?
Mniej planować, częściej iść na żywioł.
6. Jesteś od czegoś uzależniona?
Od kupowania torebek, segregowania odpadów i planowania.
7. Ulubione danie?
Jest ich za dużo, żeby wymieniać, a trudno wybrać jedno.
8. Z czego nie mogłabyś nigdy zrezygnować?
Z gotowania – za bardzo lubię to robić i za bardzo lubię wiedzieć co dokładnie jem. Jeśli ktoś koniecznie chce dla mnie gotować, to muszę pomagać albo przynajmniej na to patrzeć
J Odpuszczam tylko okazyjnie i nigdy na dłużej niż tydzień (wizyty u mamci i te sprawy).
9. Lubisz siebie?
Lubię całokształt, ale mam wiele cech, które chciałabym zmienić.
10. Jakie są Twoje ulubione zespoły muzyczne?
Słucham różnej muzyki. Najczęściej jest tak, że kiedy jakiś piosenkarz/grupa mi się wkręci, słucham jego/jej utworów przez pół roku bez przerwy. Od jakiegoś czasu szaleję na punkcie Nneki, Beirutu, Foster the People – i lecą na zmianę non stop od prawie roku.
11. Jak wyobrażasz sobie swoje życie za 10 lat?
Na pewno z gromadką pulchnych dzieci, dla których będę mogła piec przemysłowe ilości rogalików i ciastek. W wielkim domu czy w górskim szałasie – to bez znaczenia
J

Do zabawy z tymi samymi pytaniami zapraszam:

Żegnam się przy okazji na kilka dni - zmykam na moment do jeszcze cieplejszych krajów, później do trochę zimniejszych ale nadal ciepłych, a na końcu wracam i zdaję dokładną relację :)

piątek, 10 sierpnia 2012

Limonkowa tarta bez pieczenia


Kilka dni temu robiłam mrożone ciacha bananowe, które tak przypadły Wam do gustu :) Nie zdradziłam się wtedy z moim tajemnym planem dotyczącym kruchego ciasta na bazie rodzynek… nie dość, że mało z nim roboty to jeszcze jest tak cudownie plastyczne! Kto by pomyślał… obiecałam sobie wykorzystać je jak najszybciej, ale szczerze mówiąc miałam nadzieję wytrzymać dłużej niż trzy dni :) Nie udało się – jest za dobre, żeby czekać! Tak więc postanowiłam zrobić tartę. A że miałam do dyspozycji dwie smutne limonki, włączyłam je do przepisu. Wyszło pysznie, lekko, świeżo i kwaskowato. 

składniki
ciasto
200g pokruszonych dowolnych ciastek
120g rodzynek
woda
pianka
300ml mleka
3 łyżki serka kremowego (u mnie philadelphia)
sok z dwóch limonek (ok 90ml)
0,2 szklanki cukru pudru
6+2 listków żelatyny
woda do namoczenia żelatyny

Namoczyć rodzynki w wodzie przez około godzinę po czym odsączyć i zmielić je w blenderze. Dodać do pokruszonych ciastek i zagnieść. Powinna powstać elastyczna masa (jeśli jeszcze nie trzyma się wszystko dobrze, dodać odrobinę wody). Przygotować tortownicę - wyłożyć papierem najpierw dno, później boki osobno wyciętymi paskami papieru (dzięki temu tarta ma ładniejszy kształt, nic się nie odgniata, ciasto nie wchodzi w "fałdy" papieru). Masę ciasteczkowo-rodzynkową porozgniatać w tortownicy, tworząc wyższe brzegi. Wstawić do lodówki.
Przygotować piankę. Listki żelatyny namoczyć w osobnych naczyniach (w jednym 6, w drugim 2) przez około 10minut. W jednym rondelku zagrzać mleko, dodać odciśniętą od wody namoczoną żelatynę (6listków), zamieszać do rozpuszczenia, przelać do sporej miski i odstawić do wystygnięcia. W drugim rondelku zagrzać sok z limonki*, dodać odciśniętą żelatynę (2listki), zamieszać, przelać do miseczki, odstawić. Po wystygnięciu, miskę z mleczną galaretką wstawić do lodówki. Kiedy lekko stężeje, wyciągnąć. Miksować na najwyższych obrotach, dodając kremowy serek i cukier. Dodać limonkową tężejącą galaretkę. Miksować do uzyskania pianki o konsystencji ubitego białka jajka. Przelać na ciastkowo-rodzynkowy spód. Chłodzić przez przynajmniej 3godziny w lodówce.

*być może można sok z limonki podgrzać z mlekiem, ale bałam się, że coś się zetnie :)


środa, 8 sierpnia 2012

(za)Mrożona herbata


W moim mieszkaniu jest chyba z milion stopni. Nie chwalę się, narzekam. Ale gdyby nie to, nigdy nie wpadłabym na ten pomysł. Od kilku tygodni zastanawiałam się nad zrobieniem mrożonej herbaty i w końcu nadszedł moment krytyczny. Zamiast parzyć herbatę a później chłodzić ją kostkami lodu, zamroziłam herbatę w foremce do lodu, wrzuciłam kostki do szklanki i zalałam letnią wodą. Pomysł nie jest może praktyczny (bo jednak trzeba wiedzieć o wiele wcześniej, że będzie się miało ochotę na mrożoną herbatę), ale daje spore pole do popisu. To taka wersja letnia zimowych herbacianych mieszanek. Wystarczy zamrozić kilka esencji różnych herbat (+ soków, syropów, aromatów) i łączyć w dowolne kombinacje w pożądanych proporcjach. U mnie do tej pory pojawiły się:

Herbata z dzikiej róży z mrożonymi owocami leśnymi


Herbata zielona z (zamrożonym) sokiem z cytryny i (zamrożonym) rozwodnionym syropem malinowym


Ale mam jeszcze kilka pomysłów i zastanawiam się czy starczy mi lata na zrealizowanie wszystkich… zacznę chyba od mięty i jabłka, później może pokrzywa z melonem?

poniedziałek, 6 sierpnia 2012

Mrożone ciacha bananowe!


Nieskomplikowane i przepyszne! Prezentują się nie najgorzej. Natchnął mnie ten przepis, ale przekombinowałam składniki i formę. Do powtórki przy najbliższym rozleniwieniu :)

składniki (3 sztuki)
krążki
100g drobno pokruszonych ciastek
60g rodzynek
woda
opcjonalnie - łyżka rumu
masa bananowa
1 spory banan
1 łyżka mleka
aromat waniliowy
szczypta soli

Przygotować krążki: rodzynki przez około 20 minut namaczać w wodzie, po czym odsączyć i wrzucić do blendera, zetrzeć. Dodać do pokruszonych ciastek i zagnieść. Dodać odrobinę wody/rumu by masa była zwarta (ja dodałam kilka kropel wody i łyżkę rumu). Rozdzielić "ciasto" na 6 części. Przygotować 3 kokilki - wyłożyć je folią aluminiową, na dno położyć kulki "ciasta" i dobrze dognieść. Wsadzić do zamrażalnika na około godzinę. 
Przygotować masę bananową: banana pokroić na kawałki, wrzucić razem z mlekiem, aromatem waniliowym i szczyptą soli do blendera. Miksować do uzyskania jednolitej masy.
Poprzednio włożone do zamrażalnika krążki wyciągnąć z kokilek, przełożyć na talerzyk i ponownie włożyć do zamrażalnika. Kokilki znowu wyłożyć je folią aluminiową, dognieść do dna pozostałe 3 kulki ciasta. Następnie do każdej kokilki nałożyć trochę masy bananowej, wrzucić do zamrażalnika na przynajmniej godzinę po czym zakryć odłożonymi na bok krążkami ciasta. Schładzać 3 godziny. W przypadku dłuższego schładzania, wyciągnąć około 20 minut przed podaniem.


piątek, 3 sierpnia 2012

Brownie bez mąki z limonkowym akcentem


Pierwsze brownie od bardzo długiego czasu. I absolutnie pierwsze z nie-mojego przepisu (który przeszedł tyle przeróbek i dopracowań, że jest po prostu idealny, ale będzie na inny raz). Ten ukradłam Nigelli* (lekko zmieniłam) i jest zdecydowanie godny uwagi. Rozpada się trochę bardziej niż to z mąką, ale wyszło przepyszne i jak zwykle najprawdopodobniej nie starczy na długo.
Rada ode mnie: jak wiadomo, za kilka miesięcy świat się kończy, więc kto jeszcze nie robił brownie ani razu, powinien się pospieszyć, bo jest to jedna z najlepszych jadalnych rzeczy!

składniki (forma 17x25cm)
155g czekolady deserowej
150g masła
160g cukru
100g zmielonych na mączkę migdałów
1 łyżka kakao
5 jajek
skórka i sok z jednej limonki

Wrzucić masło i czekoladę do rondelka i mieszając rozpuszczać na małym ogniu. Jajka ubić z cukrem na puszystą, jasną masę. Zmielone migdały wymieszać z kakao, po czym dodać je do masy jajecznej. Sok i skórkę dodać do wystudzonej masy czekoladowej, po czym partiami dodawać ją do masy z jajkami. Przelać do wysmarowanej masłem i obsypanej bułką tartą formy. Piec w 180 stopniach – najpierw normalnie 30 minut, po czym przykryć wierzch folią aluminiową i piec jeszcze kwadrans.
Podałam z gałką sorbetu z limonki i polewą kakaową.

*przepis znalazłam tu, autorka pisze, że przepis jest Nigelli, ale niestety nie udało mi się go nigdzie znaleźć w oryginale...

czwartek, 2 sierpnia 2012

Polewa kakaowa do deserów


Wstyd się przyznać, ale do tej pory polewy najczęściej kupowałam... Po ostatnim razie jednak, kiedy to polewa czekoladowa „najlepszej marki” okazała się gumowatym glutem, który nie chciał nawet wyjść z opakowania, powiedziałam sobie – dość. Nawet kakao rozrobione z wodą byłoby lepsze, więc zaryzykuję. Oczywiście na rozrobieniu kakao z wodą nie zaprzestałam. Metodą prób i błędów doszłam do idealnej konsystencji i odpowiedniego smaku.

składniki (150ml)
140ml wody
2 łyżki kakao
3 łyżki miodu
30g czekolady deserowej, posiekanej

Wodę podgrzać z kakao, dodać miód. Mieszając, gotować na małym ogniu przez około 5 minut. Odstawić do odparowania. Do nadal ciepłego (ale nie gorącego!) płynu dodać posiekaną czekoladę, mieszać do całkowitego rozpuszczenia i przelać do słoiczka. Przechowywać w lodówce - robi się wtedy gęstszy.


środa, 1 sierpnia 2012

(Prawie) bezmięsny lipiec


Nie, żebym miała w planach przerzucić się na wegetarianizm, ale ukrop na początku miesiąca sprawił, że bezwiednie prawie nie jadłam mięsa. Nie miałam na nie ochoty. A kiedy się o tym zorientowałam, do końca lipca brakowało ze trzy dni. I obliczyłam (moje wieczne bycie na diecie sprawia, że szczegółowo planuję posiłki ergo wszystkie spisuję w Excelu), że od początku miesiąca jadłam mięso jakieś 3 razy. Plus 3 razy rybę. I stwierdziłam, że nie czuję się z tym źle. W związku z powyższym postanawiam, że przynajmniej do końca lata maksymalnie raz w tygodniu jem mięso i maksymalnie raz w tygodniu rybę. I to tylko na obiad. A oto kilka letnich, bezmięsnych wypadków:


Dietetyczny chłodnik ze świeżym ogórkiem i koperkiem 
Idealny na kaca (albo na okazje, kiedy wstaliśmy bardzo późno i nie chce nam się jeść a wiemy, że trzeba).
Świeży ogórek, trochę mleka, trochę jogurtu. Koperek, cukier (pominęłam, bo używałam mleka sojowego, które przynajmniej mi wydaje się bardzo słodkie), pieprz. Wszystko w ilościach odpowiadających preferencjom.


Spaghetti ze szpinakiem i pieczarkami
Danie, którym zajadam się już od dawna, a o którym zapomniałam na jakiś czas. Szpinak, pieczarki, cebula, czosnek, trochę oliwy, trochę parmezanu. Niby nic specjalnego, ale ewidentnie satysfakcjonuje. Nadaje się też do jedzenia w terenie, na piknikach, wycieczkach, w pracy - pod warunkiem, że użyjemy krótkiego makaronu, np. penne.
(zdjęcie wykonane w ekstremalnych warunkach ;)


Paluszki z soczewicy
To na okazje, kiedy mamy ochotę na niezdrowego fastfooda. Z tym, że danie nie jest ani fast ani niezdrowe… Najpierw przez 25-30minut gotujemy soczewicę. Później mielimy ją blenderem, dodajemy jaja, trochę startego sera, dużo przypraw i odpowiednią ilość bułki tartej (wystarczająco dużo, żeby masa nie lepiła się do rąk, ale nie przesadzać, bo paluszki nie będą się trzymać). Formujemy jak nam się podoba, obtaczamy jeszcze trochę w bułce na koniec, układamy na papierze do pieczenia, smarujemy oliwą, pieczemy 10-15 minut z każdej strony w 180 stopniach. Proporcje: na każde 2 chochli już ugotowanej soczewicy (=około 0,75 chochli „suchej”) dodajemy 1 jajko i 3 łyżki startego sera. Podajemy "zamiast" mięsa, albo z dipami.

W lipcu lubię:
Chodzić wszędzie pieszo
To, że jeszcze tylko miesiąc upałów i z głowy!
Owoce leśne 
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...