poniedziałek, 3 września 2012

Informacje ze świata!


Ogłaszam, że chwilowo będę zmuszona zrezygnować z wytrawnego kącika na moim blogu. W sierpniu miałam trochę nerwowo-pozytywnych zawirowań, czego skutkiem będzie ograniczona ilość czasu we wrześniu. I ograniczone pole do popisu. W związku z moją już na 100% pewną przeprowadzką (hurra!), jestem tak nerwowa, że jem obiad tylko po to, by mieć siłę na denerwowanie się przez resztę dnia :) Nie mówiąc już o tym, że muszę pokończyć wszystkie zamrażalnikowo-szafkowe zapasy, więc często jem to, na co tak na prawdę nie mam ochoty...
Jedno (mam nadzieję) nie zmieni się mimo mojego braku czasu – przeprowadzka przeprowadzką, ale coś słodkiego na śniadanko trzeba zjeść. Choćby świat się walił. Tak więc uchylam Wam rąbka jutrzejszego wpisu!  
(górne zdjęcie - zmiana czcionki na nim jest wynikiem nieudanego eksperymentu Kochanka, który w przypływie komputerowego natchnienia postanowił zainstalować mi włoską wersję Linuxa. Z Linuxem się nie zaprzyjaźnimy, choćby dlatego, że mój program graficzny jeszcze nie działa, a brak polskich znaków sprawił, iż post ten powstawał na prawdę bardzo długo...)

wtorek, 28 sierpnia 2012

Co lubisz najbardziej?


To jest bardzo spóźnione urodzinowe ciasto. Prawie niemożliwe, że mam dwumiesięczny obsuw. Ale w dniu urodzin Kochanka miałam 40stopniową gorączkę, a później to on siedział cały czas w domu na zwolnieniu chorobowym, a co to za urodzinowe ciasto bez niespodzianki? W końcu, po dwóch miesiącach absolutnej nierozłączności, musiał wyjść coś załatwić. Po dwóch miesiącach, zaległego urodzinowego ciacha w ogóle się nie spodziewał :)

Ciasto było wynikiem przemyśleń. I tak powstała zabawa w robienie „co lubisz najbardziej”. Najczęściej sięgamy po przepisy. A czasami warto o nich zapomnieć, a zamiast tego przysiąść i spisać trzy rzeczy, które lubimy najbardziej. Niekoniecznie co lubimy najbardziej zawsze, działają też okresowe fascynacje. Obecnie Kochanek uwielbia banany, ma też fazę na Nutellę (stąd muffinki z Nutellą, nie mogłam mu pozwolić zjeść całego, ponad siedmiusetgramowego słoja). Polubił też serniki, najbardziej te kremowe, na zimno, bez żelatyny, z mascarpone. I tak powstał sernik na zimno z kremem bananowym i kremem z Nutelli.
Już kiedyś bawiłam się w coś podobnego – dla siebie, tutaj.

składniki (keksówka o długości 26cm)
spód
200g ciastek (użyłam zbożowych kakaowych, dosypałam odrobinę płatków chockapic)
90g miękkiego masła
krem bananowy 
2 małe banany
2 łyżki kremówki
2 łyżeczki proszku na budyń śmietankowy
krem orzechowy
250g mascarpone
150g Nutelli

Ciastka pokruszyć na bardzo drobno i wyrobić z masłem na w miarę zwartą masę. Keksówkę (lub tortownicę) wyłożyć papierem do pieczenia, po czym z ciasteczkowej masy uformować spód, tworząc wyższe brzegi. Schłodzić przez 10min w lodówce.
Banany rozgnieść, wrzucić do rondelka, dodać kremówkę wymieszaną z proszkiem na budyń, podgrzać i odstawić do wystygnięcia. Wyłożyć masę bananową na ciasteczkowy spód i rozprowadzić równomiernie, po czym przykryć keksówkę folią spożywczą i wsadzić ponownie do lodówki.
Przygotować masę z Nutellą: mascarpone i Nutellę zmiksować razem do powstania jednolitej masy. Krem rozprowadzić na wierzchu bananowej warstwy. Ciasto w lodówce, przykryte folią spożywczą.

Jak często mi się zdarza, twór nie wygląda przeatrakcyjnie, ale smakuje bosko, więc mu wybaczamy :)

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Muffiny z Nutellą!


O te muffinki suszono mi głowę od momentu kupienia foremek, czyli bardzo dawno temu, ale wyleciały mi z głowy. A później powstała długa lista przepisów na muffinki i babeczki, a ten na muffinki z nutellą zaginął gdzieś po środku. Mignęły mi gdzieś ostatnio i postanowiłam dłużej ich nie odwlekać. Boskie. Z nutellą smakuje wszystko. Do tego przepis na ciasto też jest bardzo dobry – wychodzi takie, jak lubię: z chrupiącym wierzchem, w środku miękkie i mokre, trzyma 2 dni. Do wykorzystania w innych kombinacjach.
Przepis stąd.

składniki (12 sztuk)
140g miękkiego masła
160g cukru
3 jaja
aromat waniliowy
200g mąki
szczypta soli
2 łyżeczki proszku do pieczenia
Nutella

Masło miksować z cukrem przez 2 minuty, dodać jaja i wanilię. W osobnej misce wymieszać suche składniki - mąkę, sól, proszek do pieczenia. Dodawać partiami do jajecznej masy. Nakładać do muffinkowych foremek do około 3/4 wysokości. Na koniec do każdej dodać około 1½ łyżeczki Nutelli i wykałaczką bądź patyczkiem do szaszłyków robić spiralki. Piec 20-25 minut w temperaturze 165stopni.


czwartek, 23 sierpnia 2012

Blondie w różowym nastroju


Chwalicie się czasem, na kulinarnych blogach, swoimi kuchniami, nowymi nabytkami, kotami :) to i ja się pochwalę! Jedną z niewielu rzeczy, które mi wyszły w życiu poza kuchnią jest mój najinteligentniejszy i najpiękniejszy pies rasy pinczerXchihuahua :) Poznanie mojego psa powinno być pierwszym krokiem do poznania mnie… ale jest na odwrót. Kto mnie zna, ten wie, że nie jestem osobą, która jest potencjalnie zdolna do przepadania za małymi psami. Owczarek niemiecki – o tak. Nowofundland – to rozumiem. Wyżeł. Ewentualnie bokser, może husky z jakiegoś inteligentnego szczepu. I prawda jest taka, że pinczerXchihuahua nie był w planach. Wyszło jak wyszło, jak zwykle na opak. Całe szczęście!


Zdjęcie dodane na prośbę :)

W ramach bonusu po kawałku blondie z różowymi lentylkami dla każdego :) 


Wątpiłam, kiedy okazało się, że nie zawiera czekolady. Ale to lekko ciągnące się wnętrze jest po prostu obłędne! 

składniki (20x15cm)
75g masła
190g brązowego cukru
1 jajo
aromat waniliowy
165g mąki
0,5 łyżeczki proszku do pieczenia
0,25 łyżeczki soli
szczypta sody
pół szklanki lentylków

Masło i cukier podgrzać do zawrzenia i gotować na małym ogniu - cały czas mieszając - jeszcze około 3 minuty, odstawić do całkowitego wystygnięcia. Jajo ubić do puszystości z wanilią, dodać do cukru, zmiksować. Odstawić na 10 minut (w tym czasie cukier się lekko rozpuści w jajku), zmiksować ponownie. Dodawać partiami mąkę wymieszaną z sodą, proszkiem do pieczenia i solą. Naczynie żaroodporne bądź formę wyłożyć papierem do pieczenia i rozsmarować na nim równo bardzo gęste ciasto. Posypać lentylkami*. Piec w 180stopniach przez 20 minut po czym zostawić na kolejnych 5 w wyłączonym piekarniku.

*w grafice google nie pękały; jeśli macie na to metodę, byłabym wdzięczna za rady :)

środa, 22 sierpnia 2012

Kryzysowe lody na patyku


Kryzysowe bo kosztują niewiele. Bo sprawdzą się, kiedy napada nas latem kryzys w diecie. I jeszcze dlatego, że ich główny składnik pochodzi z kryzysowej szuflady (tzn. tej, gdzie trzymam składniki na okazje „robić się nie chce, ale jeść trzeba”). Kiedyś szuflada pękała w szwach, bo nie od zawsze lubiłam siedzieć w kuchni. Ale teraz stopniowo ją opróżniam - jej zawartość nie jest mi już potrzebna, trzeba zrobić porządek, a najbardziej bo (miejmy nadzieję) szykuje mi się przeprowadzka, a chciałabym się przeprowadzać z jak najmniejszą ilością tobołków. Tak więc do dzieła. (pomysł: własny :)

składniki (4 sztuki)
galaretka owocowa (u mnie truskawkowa)
wrzątek – w ilości mniej więcej 3/5 tej wskazanej na opakowaniu (u mnie powinno być 0,5l, więc użyłam 0,3l)
patyczki do lodów – kryzysowo użyłam plastykowych widełek

Galaretkę zalać wrzątkiem, mieszać aż się rozpuści, odstawić do wystygnięcia. Przygotować naczynie (u mnie keksówka o długości 26cm): lekko nawilżyć wodą dno i boki* a następnie wyłożyć folią spożywczą. Wystudzoną galaretkę przelać do keksówki a wstawić do lodówki. Kiedy całkowicie stężeje, wyciągnąć ostrożnie z naczynia i pociąć na równe części. W każdą wbić patyczki do lodów (chociaż widełki sprawdzają się świetnie). Układać na płaskim naczyniu – najlepiej również wyłożonym folią spożywczą. Wrzucić do zamrażalnika na przynajmniej 5-6 godzin.**

*ułatwia to wykładanie folią spożywczą, która dzięki temu ładnie przylega
**Na powierzchni utworzy się lodowa „skorupka”, która wygląda dosyć ciekawie, ale pozbyłam się jej polewając loda przez moment ciepłą wodą


wtorek, 21 sierpnia 2012

Dziurka z ciastkiem


... czyli mini pączki hiszpańskie zamiast Hiszpanii. Jak już pisałam, wypad tam właśnie – zaplanowany z detalami (między innymi gastronomicznymi) już kilka miesięcy temu – przepadł i trochę było smuteczków, ale przeszły. Postanowiłam sobie odbić pączkami hiszpańskimi (wiedeńskimi?). Ostatecznie nie doczytałam i nie dopatrzyłam, rezultatem jest krzyżówka churros z pączkiem hiszpańskim, ale smakuje i pachnie jak trzeba :) Przepis znalazłam tu.

składniki (ok 20 sztuk o średnicy 6cm)
ciastka
100g mąki pszennej
50g masła
0,5 szklanki wody
2 jaja (w temperaturze pokojowej)
szczypta soli
olej słonecznikowy do smażenia
polewa
110g cukru pudru
2 łyżeczki soku z cytryny
2 łyżki gorącej wody

Wodę, masło i szczyptę soli zagotować w rondelku. Po zmniejszeniu ognia dodać przesianą mąkę i energicznie mieszać do momentu, w którym ciasto odchodzi od ścianek garnka. Odstawić do ostudzenia. Dodać jaja i miksować aż masa będzie jednolita. Ciasto przełożyć do szprycy i wyciskać krążki na papier do pieczenia. Po wyciśnięciu całości, papier porozcinać na kwadraty. Smażyć* w głębokim oleju** z dwóch stron do osiągnięcia złotego koloru (chwytamy brzeg kwadratu papieru, uważnie odwracamy go nad olejem "ciastkiem" do dołu ;). Po wyciągnięciu, kłaść na ręczniku kuchennym i odsączać z nadmiaru tłuszczu. Odstawić do wystygnięcia.
Przygotować polewę - wymieszać cukier puder, wodę i sok, po czym zanurzać w niej każdy krążek. 

*z komentarzy w linku źródłowym wnioskuję, że dobre wychodzą także z piekarnika, ale nie próbowałam :)
**olej powinien mieć 180stopni C; jeśli nie dysponujecie - jak ja - termometrem kuchennym, wystarczy wrzucić do ciepłego oleju kawałek ciasta - jeśli zawrze, można wrzucać pączki

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

Słodkie dni w Lugano


No więc… takie rzeczy tylko u nas. Ciepłe kraje musieliśmy sobie odpuścić ze względów pogotowio-ratunkowo-szamańskich, nie będę się wdawała w szczegóły (chociaż byłoby ciekawie). Postanowiliśmy więc (prawie) od razu przejść do następnego punktu podróży, czyli kraj zimniejszy ale nadal ciepły. Szwajcaria. Czy właściwie tylko Szwajcarii uroczy kawałek, małe miasto przy włoskiej granicy, Lugano. Tu, po kilku godzinach jazdy samochodem, wakacje się skończyły, bo do Lugano wybraliśmy się W Interesach, stąd też relacja będzie dosyć pobieżna.

Niestety, Lugano gastronomicznie nas rozczarowało – przynajmniej jeśli chodzi o restauracje. Liczyliśmy na chociaż jedną restauracyjkę z klimatem, gdzie można zjeść coś miejscowego. Najlepiej w centrum lub jego najbliższych okolicach. Niestety – jedyne (naprawdę JEDYNE) przyzwoite miejsca, w których można było usiąść i zjeść to pizzerie i spaghetterie - dla nas chleb powszedni. Był sens wydawać 40franków (ok.130zł!) na pizzę? Nie, nie było sensu.
Tak więc kolejno wybraliśmy się:
- na kanapki do budki z kebabem, której nawet nie ma na mapie
- do stołówki w Ikei (ch Lugano Sud)
- do bardzo dobrze zakamuflowanej stołówki (ch Manor w centrum miasta)
- do meksykańskiej restauracji Dona Juarra, w której ceny zdecydowanie nie odpowiadały jakości jedzenia, wystroju i obsługi, ale byliśmy tak głodni, że doszliśmy do tego wniosku dopiero dzień później.
Ogólnie rzecz biorąc, przeciętny turysta ma bardzo małe szanse na to, by znaleźć powyższe miejsca lub nie zbankrutować (albo przynajmniej nie mieć moralnego kaca, że wydał tyle kasy na średniej jakości jedzenie). Zastanawiamy się, co można zjeść w restauracjach, znajdujących się lekko poza centrum, które u szczytu turystycznego sezonu były pozamykane…

Jak już pisałam – bardzo pobieżny opis. Ale Lugano to takie miejsce, które niezbyt często znajduje się na liście tych, które chciałoby się zwiedzić, więc uważam, że wdawanie się w szczególniejsze opisy nie ma sensu :) Piszę jedynie, by dać ogólną ideę z punktu widzenia miłośnika jedzenia „na mieście”.


Żebyście nie myśleli o Lugano brzydko, dodam, że to naprawdę bardzo ładne, spokojne (mimo wielu nieprzyzwoicie bogatych turystów) miasteczko. Ludzie są na pierwszy rzut oka przemili (ale ile można się nauczyć o ludziach w cztery dni?), na pewno przyjemnie się tam mieszka (wiele inicjatyw przeznaczonych głównie dla mieszkańców: letnia mobilna biblioteka w parku, koncerty, seanse kina letniego, degustacja piw zagranicznych, to wszystko tylko podczas naszego krótkiego pobytu tam, a długaśne listy z nadchodzącymi wydarzeniami towarzyskimi - jednorazowymi i cyklicznymi - rozwieszone były po całym mieście). Jest gdzie usiąść i na co popatrzeć (wąski bulwar spacerowy wzdłuż brzegu jeziora), można wynająć (w stosunkowo przystępnej cenie!) rowerek wodny lub łódź motorową. Można wjechać kolejką na Monte Brè (następnym razem, czas trochę nas ograniczał). Można na nią wejść o własnych nogach (opcja, którą chętnie bym wybrała, gdyby nie leń pasożytujący na Kochanku). Do tego bardzo, ale to bardzo dobrze zaopatrzone supermarkety (i nie mam tu na myśli miejscowych produktów typu czekolada czy sery, bo to oczywiste) – udało nam się zrobić tylko szybki spacer pomiędzy regałami, ale to wystarczyło, by umiejscowić szwajcarski COOP na szczycie listy najlepiej zaopatrzonych supermarketów (niestety, na moje nieszczęście włoskie widnieją na samym końcu…).


Liberty Ale - sosnowo-cytrusowe piwo ze Stanów Zjednoczonych, sączone przy okazji wyżej wspomnianej degustacji


Kawałek wystawy sklepu, obok którego okazję mieliśmy przejść jedynie 15 sierpnia (=zamknięte)


Jeden z naszych nielicznych nabytków: przepyszna czekolada mleczna z solonym karmelem


Precle – dla miłośników słonych przekąsek. Ja do nich nie należę, więc wszystkie precle minus jeden wszamał w drodze powrotnej Kochanek


 Ser <3 dojrzały Gruyèrez lekko orzechowym posmakiem

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...